Dzień, w którym pochowaliśmy mojego dziadka, wydawał się cięższy niż szare niebo wiszące nad nami.
Krewni gromadzili się w małych grupkach, rozmawiając cicho, a wspomnienia zdawały się czaić w każdym kącie. Wciąż patrzyłam na babcię, spodziewając się zobaczyć w jej oczach ten sam smutek, który ciążył mi na sercu. Ale zamiast tego stała prosto – spokojna, opanowana, a nawet z lekkim uśmiechem. To mnie zaniepokoiło. Jak mogła zachować taką opanowanie po stracie mężczyzny, z którym spędziła całe życie?
Kiedy ceremonia dobiegła końca i ludzie zaczęli wychodzić, w końcu podszedłem do niej. „Babciu” – zapytałem cicho – „nie jesteś smutna?”
Spojrzała na mnie z delikatnym ciepłem, które było jednocześnie kojące i nieco tajemnicze. Przez chwilę milczała. Potem nachyliła się bliżej, jej oczy były łagodne, ale pewne, i obdarzyła mnie lekkim, znaczącym uśmiechem.
„Twój dziadek powiedział mi coś dawno temu” – powiedziała cicho. „Powiedział, że kiedy nadejdzie jego czas, nie chce, żeby łzy były najgłośniejszym dźwiękiem w pokoju”.
Zmarszczyłem brwi, próbując to zrozumieć. Kontynuowała, jej głos był spokojny, ale pełen znaczenia.