Samotny kowboj marzył o dużej rodzinie — wtedy siedmioro zaniedbanych dzieci błagało go: „Proszę… ożeń się z naszą mamą”.

Angelina May Whitlock stała wysoko na drewnianej platformie, choć jej palce drżały, gdy opiekuńczo spoczywały na ramionach jej dzieci.
Miała zaledwie dwadzieścia osiem lat, ale smutek i niedola wyryły delikatne zmarszczki na jej twarzy. Jej uroda nie zbladła – stwardniała w coś sprężystego, niczym dziki kwiat przebijający się przez kamień. Jej ciemnokasztanowe włosy były związane wstążką, która kiedyś była niebieska. Jej sukienka, choć przetarta u dołu, została starannie wyprana poprzedniego wieczoru. Jeśli miała przetrwać ten dzień, zrobi to z godnością.

Sześcioro dzieci tłoczyło się przy jej spódnicach.

Dwunastoletni Eli trzymał małą Ruth z taką sztywnością, jakiej żaden chłopiec w jego wieku nie powinien nosić. Dziesięcioletni Sam wodził wzrokiem po tłumie z niespokojną złością, zaciskając pięści. Dziewięcioletni Luke trzymał się cicho, z drżącą szczęką, mimo że starał się wyglądać na odważnego. Siedmioletnia Anna mamrotała pod nosem na wpół zapomniane psalmy. Pięcioletnia Josie ukryła twarz w sukience Angeliny. Ruth, zaledwie dwuletnia, cicho jęknęła, nieświadoma rozgrywającego się wokół spektaklu.

Przy płocie, pochylony z zadowoleniem, stał Virgil Whitlock – szwagier Angeliny. Obok niego jego żona Netti skrzyżowała ramiona, a usta wykrzywiły się w grymasie pogardy. Od dawna nazywali Angelinę dumną i trudną. Kiedy jej mąż zmarł na febrę poprzedniej zimy, bez wahania wypędzili ją i dzieci z rodzinnej ziemi. Potem, zdając sobie sprawę, że mogą na tym skorzystać, zaciągnęli ją z powrotem do miasta.

Głos licytatora rozbrzmiał szorstki i niecierpliwy. Oferty zaczęły się nisko – obraźliwie nisko. Śmiech przetoczył się przez tłum. Mężczyźni oceniali dzieci jak bydło. Niektórzy oceniali wartość pracy. Inni drwili z liczby gąb do wykarmienia.

Twarz Angeliny płonęła, ale nie spuszczała wzroku. Szeptała do swoich dzieci słowa otuchy, których nikt inny nie mógł usłyszeć.

Virgil krzyknął do licytatora, żeby naciskał mocniej. Śmiech Netti był ostry jak szkło.

Następnie ciężkie buty uderzyły w ziemię, celowo zwiększając swój ciężar.

Z krawędzi zgromadzenia wyszedł mężczyzna.

Jonas Hail miał trzydzieści cztery lata i był ranczerem, którego ziemia leżała za potokiem Willow Creek u podnóża wzgórz. Prawie dekadę wcześniej pochował żonę i nowo narodzone dziecko. Od tamtej pory żył samotnie. Ludzie opisywali go jako człowieka spokojnego, ale zdystansowanego – człowieka, którego samotność nosiła jak zbroję.

Jego wzrok nie zatrzymał się na spektaklu. Przesunął się na napięte ramiona Eliego, na wściekłość Sama, na to, jak Angelina odmawiała ukłonu.

Coś zacisnęło się w jego szczęce.

Podniósł rękę.