Pierwszy kosmyk włosów spadł na ziemię bezszelestnie.
Alicia nie krzyknęła. Nie wstała. Nie cofnęła dłoni, które spoczywały, otwarte i drżące, na jej kości słoniowej. Pozostała klęcząca na podwórku starego domu, z wzrokiem utkwionym w suchej ziemi, gdy ostrze ponownie przesunęło się po jej skórze głowy.
Za nią Doña Mercedes Robles, jej macocha, trzymała w jednej ręce garść ciemnych loków, a w drugiej małą, ostrą brzytwę, z precyzją kogoś, kto czekał na ten moment od bardzo dawna.
„A teraz zobaczmy” – powiedziała z przerażającym spokojem – „jaki mężczyzna mógłby pragnąć czegoś tak bezużytecznego jak ty”.
Alicia zamknęła oczy.
Płakała cicho, miarowo, głęboko i nieprzerwanie, bez szlochu. Nie dlatego, że nie bolało, ale dlatego, że aż za dobrze rozumiała, że w tym domu łzy nigdy niczego nie zmieniły.
Jej włosy zawsze były obiektem największej krytyki. Ciemne, bujne, o miękkich falach opadających do połowy pleców. Kucharze czesali je, gdy była dzieckiem; kobiety w mieście podziwiały je podczas mszy; dwóch szanowanych mężczyzn kiedyś zwróciło na nie uwagę z powagą, jaką mężczyzna poświęca kobiecie, z którą mógłby zbudować życie.
I właśnie dlatego Doña Mercedes go zniszczyła.
W Meksyku tamtych czasów — Meksyku hacjend, okazałych nazwisk i małżeństw aranżowanych niemal jak kontrakty — uroda młodej kobiety nie była luksusem.
To były drzwi.
Możliwość.
Przepustka do życia mniej zależnego od dobroczynności innych.
Alicia o tym wiedziała.
Jej macocha również o tym wiedziała.
Za kamiennym murem, za sadem, jeździec zatrzymał konia. Nie planował tamtędy przejeżdżać. Po prostu, impulsywnie, skrócił sobie drogę między topolami. Z siodła obserwował scenę z nieruchomą twarzą i nieruchomym wzrokiem.
Był to Don Cristóbal de Montenegro, właściciel hacjendy Santa Aurelia, jeden z najbardziej szanowanych i bogatych ludzi w państwie.
Nic nie powiedział.
Nie zawołał.
Nie interweniował.
On po prostu patrzył.
Widział jak upokarzano dziewczynę.
Widział okrucieństwo dokonane ze spokojem.
I przede wszystkim zobaczył, że młoda kobieta nie żebrała.
Zapamiętał ten obraz i pojechał dalej.
Ale nie mógł o tym zapomnieć.
Alicia przybyła do domu Roblesów, gdy miała dziewięć lat. Jej ojciec, Don Ernesto Robles, prawnik prowincjonalny, ożenił się ponownie trzy lata po owdowieniu. Wierzył, że jego nowa żona wniesie do domu ład i ciepło.
Doña Mercedes rzeczywiście zaprowadziła porządek.
Czego nigdy nie przyniosła, to miłości.
Przyjechała z dwiema córkami z poprzedniego małżeństwa: Rebecą, poważną i porządną, oraz Zulemą, piękną, ambitną i świadomą tego od najmłodszych lat.
Okrucieństwo Doñi Mercedes nigdy nie było skandaliczne.
Nigdy nie podniosła głosu.
Nigdy nikogo nie uderzyła.
Nigdy nie odgrywała scen dramatycznych.